Podoba Ci się ten blog? Chcesz być na bieżąco z nowościami - subskrybuj kanał RSS... Co to jest RSS?

wtorek, 28 czerwca 2011

Jak inwestują wielcy VIII: Sam Guren & Ira Weiss: Hyde Park Angels

Po ponad miesiącu przerwy wracamy do podglądania i podsłuchiwania zawodowców przy pracy. Dla wszystkich zainteresowanych inwestycjami aniołów biznesu wyszperałem dzisiaj materiały dotyczące przede wszystkim procesu ewaluacji / due diligence, czyli biznesowego 'zwiadu', badania firm i ludzi ubiegających się o pieniądze inwestora.


Sam Guren i Ira Weiss, dzisiejsi 'wielcy' to inwestorzy, założyciele Hyde Park Angels – grupy inwestorskiej, której warto przyjrzeć się choćby z powodu niezbyt popularnej strategii inwestycyjnej, polegającej na wyciąganiu młodych firm z dołka. Panowie z HPA rozmawiają z firmami młodszymi niż roczne, z przychodem rocznym od 500 k$. Inwestorzy HPA związani są z Polsky Center for Entrepreneurship i uczelnią Chicago Booth.

Sam Guren zaczynał jako inwestor ponad 35 lat temu w Continental Illinois Venture Corporation. Był współtwórcą William Blair Venture Partners, maczał palce w finansowaniu Apple'a i Yoplait.

Ira Weiss jest profesorem Chicago Booth, dyrektorem zarzdzającym RK Ventures. Inwestuje przede wszystkim w sektor energetyczny, opieki zdrowotnej i Biotechnologii. Pisuje dla Wall Street Journal, komentuje w CNN, specjalizuje się w prawie podatkowym.

Więcej o Hyde Park Angels i dzisiejszych prelegentach poczytasz na tych stronach:

Dodatkowo zachęcam do przeczytania świetnego wywiadu  Iriny Patterson i Candice Arnold z Irą Weissem na stronach sarmanamitra.com:
 http://www.sramanamitra.com/2010/10/06/seed-capital-from-angel-investors-ira-weiss-hyde-park-angels-part-1/

Na początek też proponuję prezentację HPA, przygotowaną dla osób, które mają zamiar ubiegać się o finansowanie aniołów:


A na koniec 90 minutowe wystąpienie obu panów sprzed 2 lat:



środa, 22 czerwca 2011

Co ja tutaj robię? Czyli historiozofia biznesowego startu...

Pod ostatnim wpisem Arek zadał mi pytanie o moje 'biznesowe początki'. Jako, że bardzo lubię wymądrzać się szczególnie w tym temacie postanowiłem naskrobać dłuższy tekst o tym, jak ja sam zaczynałem przygody z własnym biznesem i jakie moim zdaniem znaczenie dla początkującego przedsiębiorcy mają ludzie, prawo, dociekliwość i praktyka. Czyli o tym, jak zrobić podkop, i jak na nim zarobić...

Mimo wszystko nieco głupio mi występować jako 'autorytet'...

Przedsiębiorca z urodzenia, czy korpo-wyzwoleniec?
W opowieściach o budowaniu biznesu można wyróżnić dwie najpopularniejsze ścieżki, nazwijmy je ścieżką Marka Cubana (właściciel Dallas Mavs, tegorocznego mistrza NBA) i ścieżką Billa Gatesa (chyba nie trzeba tłumaczyć kto on zacz?).

Cuban (prawdziwe nazwisko: Chabenisky) zaczynał od prac dorywczych, aby zostać sprzedawcą w dużej firmie informatycznej. Ludzie szukający wolności jednak nie zagrzeją długo miejsca pracując dla dużego przedsiębiorstwa. Oprócz doświadczenia i znajomości rynku zabrał z firmy ich niedoszłego klienta – a swojego pierwszego wspólnika. Wyrzucony po roku z pracy miał już swoją firmę.

Bill Gates nigdy nie pracował na etacie. Swoje pierwsze zlecenie zrealizował mając 14 lat. Rozważając jego rejteradę z uniwersytetu należy pamiętać, że był wyjątkowo zdolnym uczniem, miał zamiar studiować prawo (wziął dziekański na Harvardzie, ale jakoś nie miał okazji wrócić).

Nie takie korpo złe...
Wielu przedsiębiorców przyznaje, że droga Cubana jest lepszym rozwiązaniem. Wchodząc do wnętrza jakiejś firmy wiesz jakie ma słabe strony i jesteś w stanie je wykorzystać odbierając jej klientów. Ważne, aby przygotowując się do rozpoczęcia własnej działalności pracować na stanowisku sprzedażowym, mieć kontakt z odbiorcami produktu/usługi.

Okazją do rozpoczęcia własnej działalności jest w końcu każdy ich problem, każda potrzeba, której korpo nie realizuje w ogóle, albo realizuje nieprawidłowo. To informacja nie do przecenienia.

'Ścieżka Cubana' ma jednak jeden minus. Nie uczy walki z niewielkimi zasobami: korporacja daje logo, marketing, miejsce w świadomości klienta, zaplecze, gotowe systemy sprzedaży, analizy, gotowy towar. Masę pracy, której uciekinier nie potrafi wykonać. Jeśli nie ma wystarczających zasobów pieniężnych na zlecenia, prawdopodobnie decyzję o odejściu będzie odkładał w nieskończoność (znam kilkanaście takich przypadków).

Za młody, za stary, za głupi, za brzydki...
Na szczęście nie ma granicy wieku, edukacji, czy urody, która wykluczałaby ludzi 'nie nadających się' do prowadzenia własnej firmy. Arek w swoim komentarzu zasugerował, że jest za młody na prowadzenie biznesu...

Gates omal nie zarobił 20 000 dolarów w wieku 14 lat. Ja swoje pierwsze pieniądze zarobiłem sprzedając jabłka na targu, w 1991 roku – miałem 6 lat. Moim aniołem biznesu była babcia, która pomogła mi zbierać te jabłka i pożyczyła wagę. Sanepidem, skarbówką i ZUSem w jednym byli rodzice, którzy po wielkiej awanturze zamknęli mój biznes w imię sloganu 'nie jesteśmy tacy biedni, żebyś musiał...'. Szkoda, że nie zarobiłem tych 20 000 dolarów ;)...

Za to kocham kapitalizm: za amerykański mit dzieciaka sprzedającego przy drodze lemoniadę, rozumiejącego, że uczynienie czyjegoś życia lepszym (głupią lemoniadą czy papierówkami z babcinego ogrodu) jest warte pieniędzy, które uczynią Twoje życie lepszym.

Rodzice a biznes
Kiedy na pierwszym zjeździe ASBIRO jeden z uczestników przyznał się, że utrzymuje się z pieniędzy rodziców sala rżała jak stado koni rażonych prądem. Jeśli chodzi o pieniądze jedyne czego powinieneś się wstydzić to kradzież, wymuszenie, wyłudzenie, oszustwo. Jedną z podstawowych przewag wczesnego startu w biznesie jest fakt, że to właśnie rodzina nie da Ci iść 'pod most' w razie niepowodzenia.

Kiedy otwierałem swoją pierwszą firmę na studiach moją ambicją było właśnie zejście mamie 'z cycka'. Na pierwszym roku utrzymywałem się sam za zarobione na francuskich budowach argent, co skutkowało bardzo... hm... ekstrawaganckim trybem życia. Wakacje też 'przebalowałem' więc drugi rok zaczął się od przelewów mamusi – zapomniałem jak smakuje piwo. Od tego zaczęła się firma, o której pisałem w poście Nauka na błędach II.

Teraz, kiedy już rodzice nie muszą mi pomagać, przelew z pierwszego czerwca pod tytułem 'z okazji dnia dzieciuszka' nie jest dla mnie przyczyną wstydu, a raczej wzruszenia.

Grupa wsparcia a rozwój osobisty
Moja babcia mawiała zawsze 'z kim przystajesz, takim się stajesz'. Towarzystwo, w jakim się obracasz narzuca tematy rozmowy, myślenia i działania. Rozmowa z kastratem o seksie może być bardzo rozwijająca duchowo, ale istnieją nikłe szanse, że przyczyni się do Twojego wzbogacenia. Biznesowe networkingi pełnią rolę zbliżoną do NLPowskich grup wsparcia.

Ze wstydem przyznam się, że kiedyś po okresie wielkiej fascynacji NLP prowadziłem z kolegą szkolenia. Wyglądało świetnie: ludzie zafascynowani, gotowi płacić, grupa się rozrastała... Tylko postępu brak. Po jakimś czasie zauważyłem, że grupy samorowoju pełne są ludzi, którzy fascynują się samym procesem, ale nie stanem końcowym. Przychodzą na szkolenia, na których zostaną dowartościowani, dostaną 'receptę na sukces', ale nie są w stanie jej zrealizować.

Warto uczestniczyć w takich spotkaniach, ale też warto szybko się z nich ewakuować – najlepiej w momencie, w którym stwierdzisz 'już to kiedyś słyszałem'...

Czyli z biznesem za pan brat
Współ-prowadząc pierwszą firmę i szkolenia NLP postanowiłem, że nie skończę jak stadko, z którym mam do czynienia. Szukałem okazji do działania w większej grupie. Dzięki koleżance z roku trafiłem do Studenckiego Forum BCC. Jakoś tak wyszło, że po roku zostałem wice, a po dwóch latach szefem regionu.

Dało mi to przede wszystkim możliwość podglądania wielkich predsiębiorców przy pracy, rozmowy z nimi, współpracy, a z niektórymi nawet pracy w relacjach B2B w mojej firmie. Z drugiej strony nauczyłem się też wiele o zarządzaniu, motywowaniu i integrowaniu podległego mi zespołu.

Z wszystkich ludzi, których wtedy poznałem, najbardziej wpłynął na mnie 'menedżer kryzysowy', pan Marek Moczulski (BTW: dzisiaj jest aniołem biznesu)...

Czy można przesadzić z przygotowaniami?
Można, i to nie tylko grzęznąc w samorozwojowej papce. Szkoła uczy nas bardzo szkodliwego dążenia do perfekcji. Mam kolegę, który co kilka miesięcy ma nowy, świetny pomysł na biznes. Później zaczyna biznes-planowanie: składa zapytania ofertowe, robi analizy rynku, SWOTy, PESTy, matryce BCG i inne pierdoły.

Zanim się wyrobi z planowaniem okazuje się, że jego pomysł ktoś już wdrożył w życie i z biznesu nici.

Pomyśl, gdyby MicroSoft próbował wdrażać perfekcyjne oprogramowanie nigdy nie mielibyśmy Windows 2000 czy Millenium – a brak wpływów z ich sprzedaży byłby przyczyną zwolnienia połowy programistów, co znów prawdopodobnie wydajnie opóźniłoby start Windowsa XP, czyli wykreowało dla innych producentów OS dobrą niszę...

Prawo
To jedyny element biznesu, w którym dążenie do perfekcji jest pożądane. Od wyboru najlepszej formy organizacyjnej, formy opodatkowania czy zatrudnienia pracowników, po regulacje BHP czy prawo konsumenckie – podstawową dewizą pozostaje ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi), czyli jeśli nie znasz prawa = sam jesteś sobie winien (znów mądrze: Ignorantia legis non excusat).

Wojowanie znajomością prawa nie zawsze jest ostatecznie opłacalne: przekonał się o tym choćby montujący na maminym strychu komputery pan Roman Kluska: znał prawo lepiej niż biurwy, ale nie uchroniło go to przed klęską z ich ręki...

Prawo poznajesz po to, by się bronić przed głupotą konsumencką czy urzędniczą, by egzekwować swoje należności od nieuczciwych kontrahentów, a przede wszystkim po to, by zapomnieć co to

Strach przed sądem
Chyba już z czasów 'komuny' zostało w narodzie przekonanie, że sąd jest najlepszą zemstą. Przy okazji powszechnej nieznajomości prawa i jego niezgodności z 'chłopskim rozumem' sądów boją się wszyscy, poza ich stałymi bywalcami...

Jednym z najbardziej wiejskich zachowań spotykanych w biznesie jest właśnie straszenie sądem czy skarbówką. Jeśli już kogoś informujesz, że go pozwiesz, to informuj – czyli powiadamiaj o faktach. Inaczej zachowujesz się jak szkolna menda, strasząca innych starszym znajomym. W biznesie bardzo cenioną cechą jest ta, która nie pozwala rzucać słów na wiatr – odpowiedzialność.

Jeśli Twoje ego zostaje dowartościowane kiedy inni się Ciebie boją lepiej zajmij się polityką.

Dociekliwość a przedsiębiorczość
Jedna z definicji przedsiębiorczości mówi o umiejętności dostrzegania (a nawet kreowania) i wykorzystywania okazji do zarobku. Aby umieć odróżnić okazję od plew trzeba znać rynek. A ten znów najlepiej poznawać 'organoleptycznie', czyli własnymi zmysłami. Książki niemal zawsze są w tym względzie nieaktualne.

Moja ostatnia inwestycja ma bzika pod tytułem 'jak to jest zrobione'. Wszystko rozbiera na części pierwsze, po czym szuka wycen, ustala marżę i punkt rentowności. Ja znów choruję na brak informacji lokalizacyjnych: jakie powierzchnie, jakie czynsze, jaki ruch przy witrynie, jaką drogę konsument pokonuje przy półkach...

Wszystko to daje możliwość łatwego dostrzeżenia wyjątkowej oferty – wiedzę o rynku.

Kamień bije nożyce
A praktyka teorię, nie tylko w szukaniu okazji. Tylko starając się coś samodzielnie sprzedać zrozumiesz dlaczego ludzie kupują, dlaczego nie kupują, na jaki marketing reagują jedni, na jaki inni, jakie są najczęstsze powody reklamacji, jaka jest sezonowość, ...

Oczywiście o tym wszystkim możesz poczytać w książkach, ponoć w nich jest już rozwiązanie każdego problemu. Niestety, kłopot w tym, że odnalezienie tej właściwej dla Twojego rynku może zająć dużo czasu. Zbyt dużo.

Szum informacyjny
Z czerpaniem biznesowej wiedzy z książek może być tak, jak z manią samorozwoju: braknie czasu na praktyczne zastosowania. Na początku jest fajnie, człowiek dowiaduje się wiele nowych fascynujących rzeczy, ale po jakimś czasie okaże się, że jedni autorzy przeczą drugim, kolejne badania ujawniają błędy w poprzednich, a rozwiązań do wyboru jest zbyt wiele.

Zaczynasz poruszać się w szumie informacji, który zamiast pomóc w podjęciu odpowiednich decyzji – przeszkadza.

Podkop najlepszym wyjściem
Jeśli porównać ludzkie problemy do ścian, a życie do labiryntu – początkujący przedsiębiorca jest gościem, który robi podkop. Potem nieco wygodniejsze drzwi, a w końcu bramę. A za przejście pobiera opłaty – w końcu napracował się ułatwiając życie innym.

Może biegać dookoła i szukać drzwi, które ponoć gdzieś tam zostały już przez kogoś innego otwarte – niezależnie od tego, ile czasu to zajmie. Może tych drzwi szukać w książkach. Może też być jak spece od rozwoju osobistego – obejść ścianę na całej długości i opowiadać innym gdzie jest niższa, aby mogli tam próbować przeskoczyć.

Nauka na błędach
i tak nastąpi, niezależnie od tego jak solidnie ktoś się do rozpoczęcia działalności przygotował. Przedsiębiorczość opiera się na szybkim podejmowaniu decyzji na podstawie niewielu informacji, i mężnym znoszeniu ich konsekwencji – oby jak najwięcej było tych pozytywnych.

…

Arku,
Nie ma znaczenia jak wysoka jest ściana, przed którą stoisz. Kamil Cebulski zaczynał w Jędrzejowie – miejscowości na biednej kielecczyźnie, w której nie było wielkich organizacji biznesowych czy ogólnie klimatu przedsiębiorczości. Zaczynał, będąc licealistą.

Znaczenie ma sposób, jaki wymyślisz na pokonanie tej ściany. Kamil jako osoba nieletnia pierwszą firmę zarejestrował na mamę. Inne ograniczenie pokonał pracując zdalnie – przez internet. Zajął się handlem. Ani wiek, ani miejscowość i brak wsparcia nie przeszkodziły mu zostać najmłodszym milionerem w Polsce.

Czego i Tobie życzę, może za pięć lat wrócisz na tego bloga uczyć nas wszystkich jak się zarabia grubą forsę, kto wie? Strach ma tylko wielkie oczy :).

…

5 godzin, 11 i pół tysiąca znaków – kolejny rekord pobity, kolejny wpis dla wytrwałych :).


sobota, 18 czerwca 2011

Negocjacje i manipulacja...

Czym różniłby się przedsiębiorca od zwykłego klienta, gdyby obaj kupowali w cenach 'z metki'? Jak kiedyś powiedział były prezes podlubelskiej Bogdanki – po co ryzykować milion na marketing, kiedy negocjując o jedną złotówkę możesz zarobić ten milion w dwa dni? Oczywiście nie z każdym partnerem, i nie w każdym przypadku da się osiągnąć taki sukces, ale... negocjować w biznesie po prostu trzeba.


Istnieją dwie podstawowe szkoły negocjowania, sprzeczne ze sobą od pierwszej do ostatniej litery. Pierwszą poznasz na byle studenckim szkoleniu – warto rozmawiać szczerze i dzielić się potencjalnym zyskiem proporcjonalnie do wysiłku włożonego w jego wypracowanie. Drugą poznasz na korpo-szkoleniu dla akwizytorów: ludzie noszą w portfelu Twoje pieniądze, więc musisz walczyć o ich odzyskanie. Walka ta obejmuje 'techniki', 'tropy', 'sposoby' i wszystkie inne politycznie poprawne parafrazy manipulacji.

Czy przedstawiciel Handlowy jest negocjatorem?
Kiedyś zastanawiałem się dlaczego zawód akwizytora (= komiwojażera, = przedstawiciela handlowego, = 'doradcy' klienta, = account 'menedżera', = telemarketera, etc.) ma niemal zawsze obniżone wymagania co do wykształcenia? Czyżby studenci mieli za wysokie wymagania finansowe?...

Chodzi jednak o poziom autorefleksji/samoświadomości, o to, jak łatwo adept łyka szkoleniowe bajki o swojej supremacji nad całym gatunkiem ludzkim. Studia uczą wątpić i brać pod uwagę wiele zmiennych, a to w zawodzie handlowca jest przeciw skuteczne. Mógłby przecież szczerze, zamiast 'prawidłowo', odpowiedzieć na pytanie...

Negocjował jak PH z idiotą
Trzeba brać pod uwagę, że to 'taka praca' i 'taki rynek', choć trochę zrozumieć drugą stronę. Sprzedawcy bardzo często nie znają nawet z nazwy technik, jakie im wpajają 'magicy' na szkoleniach; nie mają pełnej wiedzy o rynkach etc, - tacy z nich doradcy, jak z koziej... Ich zadaniem nie jest informowanie, a sprzedawanie. Są świadomi dynamiki rynku i nie inwestują w długoterminowe relacje, nie będą Cię rozpieszczać.

Dlatego o wiedzę musisz zadbać samemu. Od każdego PH można wziąć wizytówkę i umówić się na rozmowę za jakiś czas, kiedy już poznasz oferty konkurencji. Oczywiście wtedy pojawią się promocje i zniżki 'tylko dzisiaj, tylko dla Pana'. Mogą Cię one słono kosztować. Jedną z podstawowych technik PH jest wytwarzanie nacisku na natychmiastową decyzję – warto jednak dać sobie czas na zastanowienie.

'Doradca' też człowiek...
Innym ważnym elementem jest szacunek do drugiego człowieka. PH są czasem bezczelni i nieokrzesani, ale tacy już będą. Nie ze względu na cechy osobowe, ale dlatego, że podstawą tej pracy jest wdzieranie się w Twoje życie zawsze w nieodpowiednim momencie ;). Pamiętaj o tym, że ich czas jest wartościowy, postaraj się szybko wymienić te problemy, które może rozwiązać ich towar/usługa i rozmawiać tylko na ten temat. Wbrew pozorom taka drobna uprzejmość bardzo skutecznie otwiera umysły PH i czasami... rekomendują konkurencję.

Dokładnie tak było w czwartek, kiedy zaproszono mnie na spotkanie w Open Finance w celu negocjacji oprocentowania lokat. PH OF wystrzelił z całego szkoleniowego arsenału gadek o emeryturze i inflacji po czym przeszedł do prezentacji ofert Axy i Skandii. Po pierwsze delikatnie dałem do zrozumienia, że rozumiem powód wyboru tych dwóch ofert (prowizje), po drugie stwierdziłem, że moim największym problemem jest utrzymanie płynności przy dosyć dużych (w stosunku do portfela) inwestycjach.

To skutkuje
Negocjacje były udane dla obu stron. Z lokaty dostanę jakieś bonusowe grosiki, a od PH dostałem 4 wizytówki od przedstawicieli banków, które mogą dać mi leasing na potrzebne maszyny. PH oszczędził czas na rozmowę z innym klientem, a i zgodnie ze zwyczajem z wielu branż, od kolegi, który zgarnie prowizję za mój leasing, dostanie dobrą 'flaszkę'...

Niezależnie od tego, że PH to prawie zawsze ten chamski kierowca, bezczelny biurowy włamywacz czy akrobata z telefonem – gdzieś tam za wieśniakiem puszczającym regularnie 'niskie piłki', krojącym Cię na 'salami' czy usiłującym z Ciebie 'spijać śmietankę' (nazwy różnych 'technik' stosowanych przez PH) – jest normalny człowiek z wichrującą psychikę pracą, który nie ma powodu aby robić Ci krzywdę, jeśli traktujesz go poważnie.

Swój swojego zawsze pozna
Kiedy negocjują dwaj przedsiębiorcy nie ma potrzeby robienia się nawzajem w balona. Negocjacje między dwoma przedsiębiorcami budują relację na dłuższy okres, bo najbardziej pożądanym porozumieniem jest ograniczenie ryzyka. Przedsiębiorcy nie są zaślepieni żadnymi szkoleniami ani prowizją, rozumieją marże, koszty, potrzeby księgowości... Skoro już zaczynają rozmowy, to najwyraźniej chcą się dogadać.

Wiedzą też, że jeśli z towarem/usługą są problemy, to ukrycie ich nic nie da, bo kontrakt zostanie zerwany (albo też zapłacą spore kary). Z drugim przedsiębiorcą nie negocjujesz przecież jednorazowej sprzedaży z warunkami zapisanymi drobnym druczkiem.

Bardzo lubię negocjować z innymi przedsiębiorcami. Sprawa jest dla mnie oczywista: jedziemy na tym samym wózku, jeśli zarobimy – to tylko solidarnie. Bardzo często w negocjacjach tego typu nie rozmawia się o cenie samego produktu/usługi, ale o opcjach dodatkowych lub o tzw. obsłudze posprzedażowej. Kto bierze na siebie transport (i jego ubezpieczenie), kto reklamacje, jak rozwiązane zostaną zagadnienia marketingu, jakie będą terminy zapłaty, kary umowne...

Z korpo-człowiekiem rozmowy
To najtrudniejszy kawałek chleba. Pewnie też dlatego najbardziej opłacalny :). Pracownicy korporacji dysponują pełnym zakresem manipulacji znanych przedstawicielom handlowym, ale do tego dokładają niebywałą wręcz dozę bezczelności i arogancji.

Zwyczaj korporacyjny każe negocjować podstawę ceny bez osobistego kontaktu. Kiedy ta jest już ustalona następuje spotkanie 'w celu omówienia szczegółów'. I tutaj będą Ci wpychać stopę w miejsca, o których nawet Cialdini i inni magicy od negocjacji nawet nie zdążyli pomyśleć. Ale to i tak nic, bo...

Pierwsza rozmowa nie ma znaczenia
Wracasz do domu i wydaje Ci się, że wynegocjowałeś dobry kontrakt. Masz rację – wydaje Ci się. Na mailu czeka na Ciebie umowa, która w niczym nie przypomina tego, co wynegocjowałeś. Zgadza się cena i ilość, ale im dalej w las...

Czasem tłumaczą to błędem pracownika, czasem 'po analizie faktów uznaliśmy...' (jednostronnie!), czasem 'menedżer / dział księgowości / dział prawny zasugerował...'. Wielu przedsiębiorców w tym momencie się poddaje, przelicza, godzi się ze stratą części zysku. Nie chcą stracić ważnego przecież klienta. A jest to moment, w którym należy przycisnąć, ponieważ można sporo zyskać. Po stronie korporacji też ktoś nie chce stracić 'dobrej' umowy i zaczynać pracę od nowa, pod presją czasu...

Pamiętaj o jednym: w korporacji 50% uwagi poświęca się temu, co widać, 50% na pracę. Dlatego: żadnej białej koszuli, bez krótkich rękawków, buciki świecą jak psu...

High-level-corpo-man ;)
I znów wracamy do szczerej rozmowy. Na początku też jest nieco manipulacyjnego obmacywania i próby wybadania jaki kit dasz sobie wcisnąć. Ale po kilkunastu minutach (kto ma czas na takie zabawy?) rozmowa przechodzi do sedna: prawo i liczby.

Wystarczającym testem Twojej przedsiębiorczości i skuteczności w działaniu jest samo zdobycie kontaktu i rozpoczęcie akwizycji z taką osobą. Sieć jest tak gęsta, że krętacze nie przechodzą tak blisko. Jeśli tylko nie popiszesz się podstawową nieznajomością zagadnień, o których chcesz rozmawiać – możesz liczyć na traktowanie serio.

Tutaj nie ma 'technik', czasu na pochody. Masz świetny towar/usługę w dobrej cenie? Wyśmienicie, let's do business! Nie masz? – idź, popracuj jeszcze trochę...

PR i szacunek do samego siebie
Nie wiem skąd po świecie krążą opowieści o tym, jakie to biznesowe negocjacje są trudne. Jeśli znasz manipulacje, jakimi chcą częstować Cię partnerzy w rozmowie, prawdopodobnie na czas je zauważysz i odsiejesz od mowy-trawy. I wtedy znów zostanie czysta konwersacja w temacie ceny (i jakości).

Trudność w negocjacjach polega właśnie na stosowaniu nienaturalnej, zmanipulowanej komunikacji. Każdy potrafi mówić szczerze i raczej dla wielu z nas nie jest to problemem. Oczywiście negocjacje stają się  trudne kiedy chcesz kimś manipulować – żaden z Twoich rozmówców przecież świadomie nie pozwoli sobie przykleić penisa do czoła...

Ale cóż, PR i etos przedsiębiorcy należy budować :). Opowiadać, jakie to prowadzenie własnej firmy jest trudne, jak to na każdym roku widać zwłoki ex-przedsiębiorcy. Jak wszyscy czyhają na Twoje pieniądze. Robić z siebie herosa...

Matematyczna teoria gier
jest jedną z tych przydatnych w biznesie rzeczy, których nauczyli mnie na politologii. Bez wdawania się w szczegóły – nasuwa dwa proste wnioski:

  • nie śpiesz się
  • poszerzaj wiedzę o prawie i rynku


Każde negocjacje rozciągnięte (w granicach rozsądku) w czasie skutkują budowaniem jakiejś więzi, która pomaga stworzyć atmosferę otwartości. Ale bez kompetencji i wiedzy o rynku i tak będziesz tylko sympatycznym ignorantem z ulicy.

Praktyka dodaje: ucz się manipulacji negocjacyjnych, wiedz przed czym będziesz się musiał bronić.

Święty się znalazł :P
Z manipulacją jest jeden problem: granica. W zasadzie każdy może powiedzieć, że stosowane przez niego chwyty są w granicach 'gry' jaką jest rynek. Nie ma żadnych regulacji, komu co wolno, co jest szanowaniem drugiej strony, a co oszustwem.

Granicę manipulacji też trudno wyznaczyć sobie samemu :(. Czasami w trakcie rozmowy nagle dociera do mnie co robię i aż uśmiecham się do siebie – dobrze mnie wyszkolili. Kiedyś jeden z kolegów w przypływie szczerości powiedział mi – ty NLPowcu pier***ny... W pewnym momencie trudno się kontrolować, szczególnie jeśli rozmówca narzuci rozmowę w trybie 'technik'.

Zatrudniam też PH; wątpię, czy są lojalni wobec klientów (a to wcale nie stoi w sprzeczności z lojalnością wobec pracodawcy)...

Nie każdy pies we wsi Burek, a nie każdy PH jest bezczelny, przedsiębiorca uczciwy...  

Znów wyszło 10k znaków, które raptem ślizga się po temacie... Przede wszystkim polecam świetny artykuł o negocjacjach w anglojęzycznej wikipedii...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...