Podoba Ci się ten blog? Chcesz być na bieżąco z nowościami - subskrybuj kanał RSS... Co to jest RSS?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkicownik paryski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkicownik paryski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 października 2011

Szkicownik Paryski #3: kolekcjonerski raj


Dzięki 'roztropności' ustawodawcy we Francji nie opłaca się dziedziczyć nieruchomości ani pieniędzy na koncie. Podatek od takiego spadku może wynieść nawet ponad połowę jego wartości! Z tego powodu w państwie niegdysiejszych Franków powstał dosyć powszechny zwyczaj lokowania kapitału w ruchomości: obrazy, rzeźby, starodruki... A wraz z nim – pokaźny rynek i szanse na niezły zarobek.

Francja jest krajem, w którym każdemu wnętrzu charakter nadaje sztuka, a to co właściciel umieści w mieszkaniu jest często warte więcej niż samo lokum. Na ścianach, w witrynach, na podłodze – wszędzie znajdziesz drobne przedmioty, które niczemu nie służą, poza upiększeniem pomieszczenia. Ta miła odmiana, tak różna od polskich 'funkcjonalnych' łysych ścian, od czasu do czasu nudzi się właścicielom, którzy wprowadzają swoje bibeloty na rynek. Jak i gdzie ich szukać?

Na raz: brocantes, czyli mobilne antykwariaty
Najpopularniejszą we Francji metodą pozbycia się różnych przedmiotów, które mogą stanowić dl kogoś jakąś wartość są brocantes, czyli uliczne targi organizowane co jakiś czas przez miejscowych wyspecjalizowanych handlarzy. W brokantach sprzedającym może zostać tylko kupiec zrzeszony w odpowiednim stowarzyszeniu, co ma gwarantować profesjonalną 'obsługę' tego typu wydarzeń.

Na takich targach znajdziesz wiele ciekawostek: rzeźby, obrazy, książki, rękodzieło i pamiątki z podróży, meble, a nawet takie cuda jak części zdemontowane z przeznaczonych do rozbiórki okrętów. Już na pierwszy 'rzut oka' – drogo. Ceny niemal zawsze można negocjować do 20-30% zniżki, bo są obliczone na amerykańskich i japońskich turystów.

Najdrożej jest na targach odbywających się w każdy weekend przez cały rok – na przykład najpopularniejszy wśród turystów Marche aux Puces de Vanves oferuje kicz w cenach nawet o 50% wyższych niż 'stacjonarne' antykwariaty na wyspie św. Ludwika.

Większość stowarzyszeń ma jednak indywidualne kalendarze, obliczone najczęściej na dwa 'sezony': wiosenny i jesienny (z przerwą na czas wakacji). Brokanty odbywają się wtedy średnio co dwa-trzy tygodnie, a czas pomiędzy nimi kupcy wykorzystują na uzupełnienie zapasów podczas vide greniers...

Na dwa: vide-greniers, czyli wietrzenie strychów
V-G to francuska wersja amerykańskiej 'wyprzedaży garażowej' czy niemieckich 'wystawek'. Co kilka miesięcy merostwo zaprasza mieszkańców dzielnicy do sprzedawania przy chodniku rzeczy, które mają wyrzucić, a mogłyby się one komuś przydać. Po uiszczeniu drobnej opłaty (merostwo zatrudnia porządkowych i sprzątających na większych v-g) i wylegitymowaniu się dowodem zameldowania w 'tutejszym' bloku możesz postawić na przydzielonych Ci kilku metrach kwadratowych co tylko zechcesz.

Poza większością towarów dostępnych również na brocantach znajdziesz tutaj wyprzedawane przez dorastające dzieci kolekcje kart, gier, płyt, elektroniki (czasem kradzionej), komiksów... Kobiety wyprzedają biżuterię, ubrania, porcelanę, srebra i szkła, mężczyźni często pozbywają się akcesoriów tytoniowych i alkoholowych.

Dla kobiet szczególnie atrakcyjne powinny być tzw. vide placard, co tłumaczy się jako 'wietrzenie szafy' (i więcej chyba tłumaczyć nie trzeba ;) ). Inną odmianą są również wyspecjalizowane marche aux livres, czyli targi książek i starodruków (też: znaczków, pocztówek i innego badziewia papierowego).

Jeśli tylko trafi się możliwość 'rzucenia okiem' na vg poza Paryżem – zachęcam! Ceny czasem nawet dziesięciokrotnie niższe, lokalne rękodzieło (np. w Pau – baskijskie, w Valenciennes – belgijskie, etc..) i sam klimat... Kilka lat temu w miejscowości Vienne (do której trudno dojechać ze względu na homonimię z K.u.K. Vienne/Vien) miałem ochotę wykupić z 3/4 stoisk w całości :).

Jak jest z cenami? Dobrze. W tym roku udało mi się kupić kolekcję 10 tłoczonych puszek whiskey – seria Bowmore Islay Legends – za... 2 eur. W nienaruszonym stanie, w jednej nawet była flaszeczka, niestety pusta ;). Udało mi się kiedyś kupić sygnowany stolik, coś pomiędzy Bauhausem a De Stijl, za 150 eur. W antykwariacie kosztowałby z 500, a na Vanves z 600 eur.

Na trzy: antykwariaty, butiki i bukiniści
Ostatnimi ciekawymi miejscami dla kolekcjonera są antykwariaty, w zdecydowanej większości dające pisemną gwarancję autentyczności sprzedawanych w nich przedmiotów. Niestety ta gwarancja kosztuje i najczęściej cena przekracza znacznie wyceny z fachowych czasopism.

W przypadku niektórych kolekcji (np. szkło czy mój 'konik' – minerały) warto szukać ciekawych butików innych niż te, które znajdziesz w podziemiach Luwru. Na przykład na wspomnianej już wyspie św. Ludwika znajdziesz świetniezaopatrzony sklep z minerałami i meteorytami – choć ceny tam też mają nie z tej ziemi...

Ostatnim miejscem wartym odwiedzin są bukiniści, czyli handlarze książek i starodruków znad Sekwany (szczególnie Cote des arts przy Pont Marie). Ci ludzie dobrze znają się na swoim fachu i naprawdę wartościowych rzeczy nie sprzedają tanio. Tych mniej wartościowych też nie sprzedają tanio, ze względu na ciążące na nich podatki.

Na cztery: internetowi mają... przyjaciół offline
Francuzi mają w życiu ciekawsze rzeczy do robienia niż siedzenie przed telewizorem/komputerem. Dlatego też eBay w tym kraju nie oferuje niczego specjalnego, jest wręcz ubogi. Jeśli już uprzemy się na jakieś zakupy za pośrednictwem tego portalu, to coś ciekawego możemy upolować co najwyżej w sekcji 'porcelana'.

Sprzedaż niebezpośrednią opanowało niegdyś świetne czasopismo 'Antiquites brocante'. Dzisiaj najbardziej interesujące są w nim ogłoszenia – cała kilkudziesięciostronnicowa sekcja. Pozostałe tematy albo zostały wyczerpane (ile można napisać o tym samym?) albo 'eksperci' się ośmieszyli na łamach pisma i odeszli w niepamięć...

Tendencje, czyli co się dobrze sprzedaje?
Podstawowa grupa towarów dobrze 'schodzących' to design powojenny. Modernistyczne meble, socrealizm, bakelit... Jest tego na rynku dosyć dużo, podróbki są nieopłacalne, a i kolekcjonerom łatwiej zebrać imponującą i dającą się zamknąć kolekcję. Prym wiedzie tutaj jeden z odcieni biżuterii bakelitowej – kolor, który było ciężko uzyskać ówczesną technologią, więc był rzadko używany. Droższy dziesięciokrotnie od 'zwykłego' bakelitu.

Wyjątkowe wzięcie ma tutaj również wszystko co związane z Rosją i Związkiem Radzieckim. Francuzi mieli już 'swoje' Indie, Afrykę, Amerykę Łacińską i kilka innych skrawków świata, ale 'swojej' Rosji nigdy. Dlatego grażdanka i prawosławie to tutaj synonimy 'orientu' i 'nieznanego'. W tym kontekście najlepszą inwestycją na te wakacje było przytarganie do Paryża kilkudziesięciu egzemplarzy czasopisma 'Hudożnik' (by ZSRR, czasopismo wskazujące braci artystycznej co ma być i jak ma być malowane/rzeźbione).

Trzecią możliwość zarobku daje reklama: pudełka, etykiety, popielniczki, szyldy, karty telefoniczne i czapki z szampana. Można czasem znaleźć sprzedawców z całymi plikami reklam z gazet... Najczęściej są to reklamy perfum i alkoholu.

W odwrocie natomiast są porcelana, płyty winylowe i szkło artystyczne. To ostatnie szczególnie dzięki niedawno uruchomionej w Rumunii manufakturze kopiującej Gallego na masową skalę i 'odkryciu' marnej jakości produktów Swarovskiego i tych z Murano. Cierpią na tym miłośnicy Baccarata i Lalique'a, ale te akurat wytwórnie przesuwają produkcję w kierunku (kunsztownej) biżuterii...

W kolekcjonerskim raju
trzeba też umieć się zachować. Niemal wszystkie ceny można negocjować, także w sklepach i antykwariatach. Nie polecam jednak jednej metody, którą zaobserwowałem szczególnie często u Polaków: mówienia 'a tam gość ma połowę taniej'. Otóż odpowiedź jest prosta – skoro ma o połowę taniej to idź kup u niego! Po takim tekście możesz zapomnieć o dalszych negocjacjach, ponieważ jest on uważany za próbę skłócenia lokalnego środowiska.

Radzę też uważać na słowo marche, ponieważ oznacza ono każdy możliwy 'targ': rybny, warzywny, z częściami motocyklowymi czy narzędziami budowlanymi...

A jakie są Twoje doświadczenia i spostrzeżenia z targów staroci za granicą?

P.S. Jeśli po przeczytaniu tego tekstu myślisz, że mieszkam w muzeum, to niemalże się nie mylisz ;)...

niedziela, 7 sierpnia 2011

Szkicownik Paryski #2: jak tu zarobić, żeby się nie narobić?

Nie tylko temu Panu płacą
za godziny przespane w pracy ;)...
Pierwsza mądrość życiowa polskich 'majstrów' budowlanych, jaką poznałem we Francji brzmiała: 'W robocie nigdy nie śpij na brzuchu!'. Dlaczego nie na brzuchu? - zapytałem naiwnie. Kiedy szef wpadnie na budowę natychmiast zobaczy na twojej twarzy odciśnięte dowody nieróbstwa...


W drugiej odsłonie 'szkicowników' opiszę moje osobiste doświadczenia i relacje moich bliskich znajomych z pracy we francuskich firmach.



Robolem być
Niedawno jeden z moich kolegów zadał mi na fb pytanie 'jak to jest być francuskim robolem?'. Otóż: jest cool! Francuzi pracują 'po włosku', więc najtrudniejsze zadanie to pozorowanie pracy tak, żeby nawet zabezpieczyć klientom widoczne postępy... Do tego socjalistyczne państwo 'daje' takie prawo pracy, które naprawdę nie pozwala na spocenie się na którymkolwiek stanowisku.

A najśmieszniejsze we wszystkim jest to, że szefowie kolejnych firm przychodzą na budowę i ze szczerym podziwem pytają 'jak wy to wszystko tak szybko zrobiliście?'...

Kontrakt budowlańca
Moje kontrakty: 36h tygodniowo – praca od 8-12, godzinna przerwa (midi, rodzaj tutejszej sjesty), 13-17. W kontrakcie miesięcznym 7,5 dnia płatnego urlopu, w kontrakcie rocznym już tylko 30 + 2 dni za pracę w zanieczyszczonym paryskim powietrzu (wiadomo: kury jaj nie niosą, krowy mleka nie dają...).

Aha - w piątek kontraktowo kończę pracę po midi (o 13.00 mam się stawić na stanowisku pracy i powiedzieć wszystkim 'bon week-end!'). Oczywiście pracuję w piątki do 17, a czasem nawet i w soboty, ale to już nadgodziny :).

Co jakiś czas firmie, w której pracuję trafiają się ciekawe zlecenia spoza Paryża. Wtedy zaczyna się 'delegacja', co dla pracownika oznacza: spanie za friko, dojazd za 50%, jeden posiłek dziennie za friko... 

A i tak mam powody do narzekań: na przykład hydraulicy kończą etat w czwartek o 17.00.

I myśl tu o własnym biznesie
Pracownikowi fajnie, ale pomyśl teraz o tych warunkach z punktu widzenia pracodawcy. Tak naprawdę miesięczne urlopy wszyscy wykorzystują w sierpniu – całe firmy lub oddziały firm są zamykane na ten jeden miesiąc na głucho. Nikt nie pracuje, firma nie zarabia, a na wypłaty trzeba mieć...


Sytuację ratują inne czynniki rynkowe: przede wszystkim dwukrotnie większe niż w Polsce średnie marże. Drugim jest solidarność przedsiębiorców, czyli tzw. ceny profesjonalne: niemal wszystko 'na firmę' można kupić taniej niż cena z metki, co pozwala jeszcze bardziej zwiększyć marżę.

A jak jest z podatkami? Osoby prawne obowiązuje podstawa podatkowa 34,43%, ale konkretne stawki dla każdej branży regulują osobne kodeksy. Na przykład restauratorzy są objęci obniżonym podatkiem 15%. VAT (TVA) obowiązuje w dwóch stawkach: 19,6% podstawowej i 5,5% obniżonej (na przykład jedzenie).

Tragedia w jednym akcie

Ale i tak największym wrogiem przedsiębiorcy są związki zawodowe. Nie tylko ze względu na ich polityczne znaczenie, ale też biorąc po uwagę choćby efektywność pracy. Przykład?

Masz w firmie 30 pracowników. Potrzebujesz zatrudnić kolejnego – lepiej od razu zatrudnij pięciu. Dlaczego? Zatrudnisz jednego – natychmiast otworzy Ci w firmie związek zawodowy. Utrudnianie uruchomienia takiego związku jest bardzo surowo karane przez sądy, więc lepiej nie podskakuj.

Jak już masz w firmie związek – natychmiast utworzy on pięcioosobowy zarząd, któremu musisz zapewnić biuro ze wszystkimi mediami i urządzeniami biurowymi oraz zadbać o ciągłość jego funkcjonowania.

Dostajesz w paczce konia trojańskiego: chciałeś mieć pracownika, a tracisz czterech i zyskujesz pięciu nierobów na utrzymanie. Żeby zwolnić takiego 'związkowca' trzeba mu (co do zasady) udowodnić wręcz, że sabotuje działania firmy. Im więcej pracowników w firmie, tym więcej 'związkowców' w zarządzie.


Korporacyjne marzenia
Kilka lat temu poznałem tutaj bardzo miłą pracownicę BNP Paribas, asystentkę dyrektorki do spraw czegoś tam... Od tamtej pory Lee, bo tak się nazywa moja znajoma (cóż za niecodzienne imię, jak na Azjatkę ;) ), awansowała dwukrotnie w swojej firmie. Choć zazwyczaj w korpo awansuje się z firmy do firmy, Lee awansuje za swoją dyrektorką.

Dlaczego? Otóż, powiedzmy – wspólnie reprezentują uśredniony rozmiar C75. Zwierzchniczka Lee jest bardzo cenioną w firmie specjalistką-negocjatorką. Jej przygotowania do ciężkich rozmów wyglądają zawsze tak samo: poleca Lee przygotowanie możliwych stanowisk (BATNA i całej reszty) i odpoczywa, a kiedy już wszystko jest opracowane i przedstawione na briefingowej prezentacji z odwagą rozpina kolejny guzik białej bluzki i rusza na 'negocjacje'.

Lee również nie przemęcza się przygotowaniami: analizy opracowują praktykanci/stażyści, sprawdzają je praktykanci/stażyści z działów księgowego i prawnego, a ona sama jedynie przygotowuje prezentację dla pani dyrektor.

Dlaczego wierzę w te bajki? Ciągle twierdzi, że jest bardzo zmęczona swoją pracą. Ja kiedyś też przez cały dzień musiałem udawać, że pracuję – nigdy więcej nie przeżyłem równie męczących 8 godzin.

Produkcja dzieci: próg opłacalności
Jak w każdym państwie socjalistycznym, tak i tutaj najlepsze 'fuchy' to te, w których płatnikiem jest urząd. A we Francji można nawet tak zakombinować, żeby nie pracować, zarabiać, mieć niezłe mieszkanie i nawet nie płacić podatków. Jak? Ano wystarczy uruchomić taśmową produkcję dzieci, bynajmniej nie 'na mięso'.

Kiedyś, kiedy jeszcze Francja miała normalnego prezydenta ;) państwo wspierało rozwój demograficzny, pozwalając stanąć młodym rodzinom 'na nogi' dzięki 'dopłatom' na pierwsze i drugie dziecko (i na tym koniec). Dzisiaj wyprodukowanie trzeciej sztuki daje 'dopłaty' przekraczające SMIC (wynagrodzenie minimalne), czwarta sztuka = 2x SMIC.

Kończy się to tym, że nie tylko nie warto podejmować pracy, ale wręcz 'nie wolno' jej szukać, gdyż ewentualne zatrudnienie powoduje utratę wszystkich przywilejów i zmniejszenie realnego miesięcznego przychodu...

-
BTW: Polacy również sporo skorzystali z Francuskich zasiłków... Nie tylko współcześni kloszardzi, ale i cały naród: Lelewel, Mickiewicz czy Słowacki (jak i cała 'wielka' emigracja) po powstaniach pobierali od przychylnego nam rządu francuskiego pensje. Kiedy Francuzi zrozumieli, że 'nasi' wydają wszystko na wino, dziwki i karty – cofnęli wsparcie. 
Co ciekawe najlepiej poradził sobie w tej sytuacji Juliusz Słowacki, jeden z lepszych inwestorów francuskiej giełdy tamtych czasów...
-

Wspólny mianownik
Szukając jakiegoś podsumowania dla powyższych moich wypocin nie mogę się opędzić od myśli o całkowitym braku etyki pracy we Francji. Z drugiej strony coraz bardziej rozumiem wszystkie te kiyosakowskie idee rentierstwa, semi-retirementu etc. Pozorowana praca nie przynosi efektów, co za tym idzie nie przynosi też satysfakcji; a pracując ciężko żywi się tutaj bardziej nierobów niż własne dzieci...

Za tydzień napiszę jeszcze trochę o tym jakich 'Francuzów' kształtuje socjalistyczne państwo - akurat od kliku dni pracuję w placówce wspierającej młodych i imigrantów w 'poszukiwaniu' pracy...

niedziela, 31 lipca 2011

Szkicownik Paryski #1: home, not so sweet home...

Do Francji przyjechałem po raz pierwszy dokładnie 16 lat temu, i co jakiś czas z przyjemnością tutaj wracam. Wróciłem i w tym roku. Trochę za przykładem Grapkulca, trochę Cashflow88 – będę przez dwa kolejne miesiące mojego pobytu pisał o tym co mnie tutaj spotyka w nowej serii wpisów (nie ma sensu robić osobnego bloga). Dzisiaj napiszę o 'jakości życia' we francuskiej jego wersji.

Tak naprawdę trudno powiedzieć czym jest jakość życia. Nawet statystycy robiący jakieś dziwne rankingi na potrzeby utrzymania swojego etatu nie są w stanie prawidłowo odzwierciedlić ludzkich oczekiwań w tym zakresie. Ale postaram się Ci opisać kilka powodów, dla których uważam, że we Francji żyje się 'fajniej'...

Siła nabywcza
Z punktu widzenia pracownika: płaca minimalna w PL: 1 386 brutto naszej waluty/miesiąc; SMIC brutto we FR: 1 365 ichniej waluty/miesiąc. Daje to podstawę (jak dla mnie) do stwierdzenia, że godzina pracy jest w obu krajach warta tyle samo W(aluty) na rynku 'wewnętrznym'...

Podobieństwa: 0,5 kg chleba kosztuje tu około 2 W(aluty), mieszkanie w kilka osób ok 200 W/osobę,

Różnice? 2 kg jogurtu: 2,5 W, telewizor 3D LG przekątna 149 cm: 2 000 W, list zwykły: 0,75 W, kawalerka 10 minut od stacji metra 800 W/miesiąc, rata kredytu za dom z dużym ogrodem w 3 podparyskiej zonie (Colombes / Les Vallees): 600 W/miesiąc, pięcioletni Peugeot 307: 6 000 W...

Polityka, czyli Why?
We Francji istnieje rodzaj niepisanej umowy społecznej, na podstawie której politykom społeczeństwo pozwala kraść w zamian za ochronę interesów gospodarczych w skali międzynarodowej. Polityk kradnie – eh, to już taki zawód; gorzej, kiedy tak jak DSK zacznie gwałcić (dosłownie i w przenośni) protokół dyplomatyczny...

Francuskie ministerstwa dotują co się da aby tylko uzyskać gospodarczą supremację w europie. Sarko jest tylko kukłą, którą korporacje wożą na zagraniczne spotkania (kiedy jechał bodajże do Peru w tym samym dniu przyleciało 6 czarterów z francuskimi korpo-negocjatorami).

Kończy się to tym, że np. Grupa Casino była dotowana dopóty, dopóki nie wykupiła niewielkiego, ale ważnego udziału największego lokalnego rywala – Tesco. Dzisiaj zresztą znów jest dotowana, aby nie wpuścić do europy Walmart'a.

Jakość jakości
Oprócz różnicy w wartości godziny pracy w przeliczeniu na ilość towarów trzeba też wspomnieć o kolosalnej różnicy w ich jakości. Przykład?

W PL jogurt o smaku jagodowym (w wersji południowopolskiej: borówkowym) składa się z resztek z mleka w proszku barwionych sokiem z buraków ćwikłowych albo aronii + E ileś-tam nadające smak. Przed sobą mam Yoplait – 25% jagód. Nescafe nie zajeżdża zbożówką a środki czystości... jedna łyżeczka proszku pierze (skutecznie) kilka kilogramów prania.

Polaków nie tylko udaje się poić rozwodnioną żółcią bydlęcą, ale nawet udaje się im wmówić, że to piwo. Później pijąc na przykład prawdziwe piwo z browaru Duyck (Jenlain) prychają i kaszlą jak koty, 'bo to jakiś syf jest, nie piwo'...

Zresztą – żeby mi nie zarzucono wszystkozachwytu nuworysza: Polacy (i nie tylko) będący tutaj od 20 lat, pomimo uginających się u nas półek w sklepach i lepszych polskich cen (po przeliczeniu) ciągle wysyłają do kraju przede wszystkim paczki z jedzeniem i chemią gospodarczą (oraz elektroniką, ubraniami, etc...).

Dach nad głową
Ważnym elementem chyba dla każdego z nas jest otoczenie w jakim mieszkamy. W Paryżu możliwości jest wiele: można spać z 7 chińczykami w garażu za 50 EUR/miesiąc, można we dwóch w kawalerce wielkości garażu bez netu i ze wspólnym WC na korytarzu za 150 EUR/miesiąc, we 4 osoby w normalnej kawalerce za 190 EUR/miesiąc...

Poza garażem testowałem wszystkie inne możliwości. Wbrew pozorom to nie jest ani upadlające, ani jakoś specjalnie uciążliwe. Dla osoby pracującej co najmniej 8h dziennie (+2 h minimum na przejazdy) potrzebny jest przede wszystkim wygodny szeroki prysznic, market i stacja metra w pobliżu. No i telewizor dla nałogowca.

Jaskinie bogaczy
'Najgorsze' moje mieszkanie to dwuosobowy pokój 11 m2, piętro 7/7, kuchnia 0,5 m2, przy niej prysznic o boku 60cm z obleśnie przyklejającą się do pleców ceratą, wspólny kibelek na korytarzu i winda, w której nie zmieścisz się z plecakiem.

Dla mnie to nic złego, w końcu jestem tutaj na 3 miesiące. Mój współlokator jest tutaj ponad 20 lat, pracuje 'na akord': wychodzi o 6:00, wraca o 20:00. W tym czasie kupił w Krakowie i Rzeszowie 3 mieszkania pod wynajem, a wakacje spędza na jachcie. Po prostu stracił gdzieś polskiego ducha pod tytułem 'Zastaw się, a postaw się!'.

20 lat w takich warunkach bym nie wytrzymał...
Tym bardziej, że 18 dzielnica jest... hm, ciekawa. To nieprawda, że nie ma tutaj 'białych' – naliczyłem chyba z 7, jeszcze ja i mój współlokator, to razem 9 osób!

Kilka kilometrów dalej, przy stacji metra Porte de Clichy jest mały placyk, a na nim kilkadziesiąt aut z kartkami 'do sprzedania'. Kiedy marokański menedżer tej wystawy zauważy Twoje zainteresowanie podejdzie do Ciebie i będziesz mógł złożyć zamówienie. Dawniej dostawa zajmowała około tygodnia, dzisiaj jest już coraz trudniej.

Kłamstwem jest, że z ludźmi pochodzenia arabskiego/afrykańskiego nie da się w ogóle dogadać. Przecznicę dalej, pod HLM'em (blokiem socjalnym) stoi miejscowy szaman. Należy u niego zakupić kilkanaście gramów magii (tanio tu) i obowiązkowo wypalić z natychmiast pojawiającym się patrolem autochtonów. Proste, a gwarantuje nietykalność na kilka dni ;).

Później mieszkałem w miejscowości Pantin (spora społeczność Chińska i Pakistańska), a dzisiaj mieszkam w 2 pokojowym mieszkanku (zamienionym z młodym polskim małżeństwem za flaszkę, z Polakami tutaj wszystko zamienisz za flaszkę), w 20 dzielnicy. Charakter tej części Paryża widać szczególnie w piątkowy wieczór (zaczyna się Szabas).

W następnym odcinku...
Za tydzień napiszę jak się we Francji sprawa ma z pracą robotnika, pozorowaną pracą w korporacji BNP Paribas (dzięki znajomości z bardzo sympatyczną jej 'pracownicą') i jak wygląda prowadzenie własnego biznesu w socjalistycznym państwie (przy dobrej znajomości języka łatwo zostać przydupasem szefa :P).


A jak Ty spędzasz wakacje?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...