Pod ostatnim wpisem Arek zadał mi pytanie o moje 'biznesowe początki'. Jako, że bardzo lubię wymądrzać się szczególnie w tym temacie postanowiłem naskrobać dłuższy tekst o tym, jak ja sam zaczynałem przygody z własnym biznesem i jakie moim zdaniem znaczenie dla początkującego przedsiębiorcy mają ludzie, prawo, dociekliwość i praktyka. Czyli o tym, jak zrobić podkop, i jak na nim zarobić...
Mimo wszystko nieco głupio mi występować jako 'autorytet'...
Przedsiębiorca z urodzenia, czy korpo-wyzwoleniec?
W opowieściach o budowaniu biznesu można wyróżnić
dwie najpopularniejsze ścieżki, nazwijmy je ścieżką
Marka Cubana (właściciel Dallas Mavs, tegorocznego mistrza NBA) i ścieżką
Billa Gatesa (chyba nie trzeba tłumaczyć kto on zacz?).
Cuban (prawdziwe nazwisko: Chabenisky) zaczynał od prac dorywczych, aby zostać sprzedawcą w dużej firmie informatycznej. Ludzie szukający wolności jednak nie zagrzeją długo miejsca pracując dla dużego przedsiębiorstwa. Oprócz doświadczenia i znajomości rynku zabrał z firmy ich niedoszłego klienta – a swojego pierwszego wspólnika. Wyrzucony po roku z pracy miał już swoją firmę.
Bill Gates nigdy nie pracował na etacie. Swoje pierwsze zlecenie zrealizował mając 14 lat. Rozważając jego rejteradę z uniwersytetu należy pamiętać, że był wyjątkowo zdolnym uczniem, miał zamiar studiować prawo (wziął dziekański na Harvardzie, ale jakoś nie miał okazji wrócić).
Wielu przedsiębiorców przyznaje, że droga Cubana jest lepszym rozwiązaniem. Wchodząc do wnętrza jakiejś firmy wiesz jakie ma słabe strony i jesteś w stanie je wykorzystać odbierając jej klientów. Ważne, aby przygotowując się do rozpoczęcia własnej działalności pracować na stanowisku sprzedażowym, mieć kontakt z odbiorcami produktu/usługi.
Okazją do rozpoczęcia własnej działalności jest w końcu każdy ich problem, każda potrzeba, której korpo nie realizuje w ogóle, albo realizuje nieprawidłowo. To informacja nie do przecenienia.
'Ścieżka Cubana' ma jednak jeden minus. Nie uczy walki z niewielkimi zasobami: korporacja daje logo, marketing, miejsce w świadomości klienta, zaplecze, gotowe systemy sprzedaży, analizy, gotowy towar. Masę pracy, której uciekinier nie potrafi wykonać. Jeśli nie ma wystarczających zasobów pieniężnych na zlecenia, prawdopodobnie decyzję o odejściu będzie odkładał w nieskończoność (znam kilkanaście takich przypadków).
Za młody, za stary, za głupi, za brzydki...
Na szczęście nie ma granicy wieku, edukacji, czy urody, która wykluczałaby ludzi 'nie nadających się' do prowadzenia własnej firmy. Arek w swoim komentarzu zasugerował, że jest za młody na prowadzenie biznesu...
Gates omal nie zarobił 20 000 dolarów w wieku 14 lat. Ja swoje pierwsze pieniądze zarobiłem sprzedając jabłka na targu, w 1991 roku – miałem 6 lat. Moim aniołem biznesu była babcia, która pomogła mi zbierać te jabłka i pożyczyła wagę. Sanepidem, skarbówką i ZUSem w jednym byli rodzice, którzy po wielkiej awanturze zamknęli mój biznes w imię sloganu 'nie jesteśmy tacy biedni, żebyś musiał...'. Szkoda, że nie zarobiłem tych 20 000 dolarów ;)...
Za to kocham kapitalizm: za amerykański mit dzieciaka sprzedającego przy drodze lemoniadę, rozumiejącego, że uczynienie czyjegoś życia lepszym (głupią lemoniadą czy papierówkami z babcinego ogrodu) jest warte pieniędzy, które uczynią Twoje życie lepszym.
Kiedy na
pierwszym zjeździe ASBIRO jeden z uczestników przyznał się, że utrzymuje się z pieniędzy rodziców sala rżała jak stado koni rażonych prądem.
Jeśli chodzi o pieniądze jedyne czego powinieneś się wstydzić to kradzież, wymuszenie, wyłudzenie, oszustwo. Jedną z podstawowych przewag wczesnego startu w biznesie jest fakt, że to właśnie rodzina nie da Ci iść 'pod most' w razie niepowodzenia.
Kiedy otwierałem swoją pierwszą firmę na studiach moją ambicją było właśnie zejście mamie 'z cycka'. Na pierwszym roku utrzymywałem się sam za zarobione na francuskich budowach
argent, co skutkowało bardzo... hm... ekstrawaganckim trybem życia. Wakacje też 'przebalowałem' więc drugi rok zaczął się od przelewów mamusi – zapomniałem jak smakuje piwo. Od tego zaczęła się firma, o której pisałem w poście
Nauka na błędach II.
Teraz, kiedy już rodzice nie muszą mi pomagać, przelew z pierwszego czerwca pod tytułem 'z okazji dnia dzieciuszka' nie jest dla mnie przyczyną wstydu, a raczej wzruszenia.
Grupa wsparcia a rozwój osobisty
Moja babcia mawiała zawsze 'z kim przystajesz, takim się stajesz'. Towarzystwo, w jakim się obracasz narzuca tematy rozmowy, myślenia i działania. Rozmowa z kastratem o seksie może być bardzo rozwijająca duchowo, ale istnieją nikłe szanse, że przyczyni się do Twojego wzbogacenia. Biznesowe networkingi pełnią rolę zbliżoną do NLPowskich grup wsparcia.
Ze wstydem przyznam się, że kiedyś po okresie wielkiej fascynacji NLP prowadziłem z kolegą szkolenia. Wyglądało świetnie: ludzie zafascynowani, gotowi płacić, grupa się rozrastała... Tylko postępu brak. Po jakimś czasie zauważyłem, że grupy samorowoju pełne są ludzi, którzy fascynują się samym procesem, ale nie stanem końcowym. Przychodzą na szkolenia, na których zostaną dowartościowani, dostaną 'receptę na sukces', ale nie są w stanie jej zrealizować.
Warto uczestniczyć w takich spotkaniach, ale też warto szybko się z nich ewakuować – najlepiej w momencie, w którym stwierdzisz 'już to kiedyś słyszałem'...
Czyli z biznesem za pan brat
Współ-prowadząc pierwszą firmę i szkolenia NLP postanowiłem, że nie skończę jak stadko, z którym mam do czynienia. Szukałem okazji do działania w większej grupie. Dzięki koleżance z roku trafiłem do Studenckiego Forum BCC. Jakoś tak wyszło, że po roku zostałem wice, a po dwóch latach szefem regionu.
Dało mi to przede wszystkim możliwość podglądania wielkich predsiębiorców przy pracy, rozmowy z nimi, współpracy, a z niektórymi nawet pracy w relacjach B2B w mojej firmie. Z drugiej strony nauczyłem się też wiele o zarządzaniu, motywowaniu i integrowaniu podległego mi zespołu.
Z wszystkich ludzi, których wtedy poznałem, najbardziej wpłynął na mnie 'menedżer kryzysowy', pan Marek Moczulski (BTW: dzisiaj jest aniołem biznesu)...
Czy można przesadzić z przygotowaniami?
Można, i to nie tylko grzęznąc w samorozwojowej papce. Szkoła uczy nas bardzo szkodliwego dążenia do perfekcji. Mam kolegę, który co kilka miesięcy ma nowy, świetny pomysł na biznes. Później zaczyna biznes-planowanie: składa zapytania ofertowe, robi analizy rynku, SWOTy, PESTy, matryce BCG i inne pierdoły.
Zanim się wyrobi z planowaniem okazuje się, że jego pomysł ktoś już wdrożył w życie i z biznesu nici.
Pomyśl, gdyby MicroSoft próbował wdrażać perfekcyjne oprogramowanie nigdy nie mielibyśmy Windows 2000 czy Millenium – a brak wpływów z ich sprzedaży byłby przyczyną zwolnienia połowy programistów, co znów prawdopodobnie wydajnie opóźniłoby start Windowsa XP, czyli wykreowało dla innych producentów OS dobrą niszę...
To jedyny element biznesu, w którym
dążenie do perfekcji jest pożądane. Od wyboru najlepszej formy organizacyjnej, formy opodatkowania czy zatrudnienia pracowników, po regulacje BHP czy prawo konsumenckie – podstawową dewizą pozostaje
ignorantia iuris nocet (nieznajomość prawa szkodzi), czyli jeśli nie znasz prawa = sam jesteś sobie winien (znów mądrze:
Ignorantia legis non excusat).
Wojowanie znajomością prawa nie zawsze jest ostatecznie opłacalne: przekonał się o tym choćby montujący na maminym strychu komputery pan Roman Kluska: znał prawo lepiej niż biurwy, ale nie uchroniło go to przed klęską z ich ręki...
Prawo poznajesz po to, by się bronić przed głupotą konsumencką czy urzędniczą, by egzekwować swoje należności od nieuczciwych kontrahentów, a przede wszystkim po to, by zapomnieć co to
Chyba już z czasów 'komuny' zostało w narodzie przekonanie, że sąd jest najlepszą zemstą. Przy okazji powszechnej nieznajomości prawa i jego niezgodności z 'chłopskim rozumem' sądów boją się wszyscy, poza ich stałymi bywalcami...
Jednym z najbardziej wiejskich zachowań spotykanych w biznesie jest właśnie straszenie sądem czy skarbówką. Jeśli już kogoś informujesz, że go pozwiesz, to informuj – czyli powiadamiaj o faktach. Inaczej zachowujesz się jak szkolna menda, strasząca innych starszym znajomym. W biznesie bardzo cenioną cechą jest ta, która nie pozwala rzucać słów na wiatr – odpowiedzialność.
Jeśli Twoje ego zostaje dowartościowane kiedy inni się Ciebie boją lepiej zajmij się polityką.
Dociekliwość a przedsiębiorczość
Jedna z definicji przedsiębiorczości mówi o umiejętności dostrzegania (a nawet kreowania) i wykorzystywania okazji do zarobku. Aby umieć odróżnić okazję od plew trzeba znać rynek. A ten znów najlepiej poznawać 'organoleptycznie', czyli własnymi zmysłami. Książki niemal zawsze są w tym względzie nieaktualne.
Moja ostatnia inwestycja ma bzika pod tytułem 'jak to jest zrobione'. Wszystko rozbiera na części pierwsze, po czym szuka wycen, ustala marżę i punkt rentowności. Ja znów choruję na brak informacji lokalizacyjnych: jakie powierzchnie, jakie czynsze, jaki ruch przy witrynie, jaką drogę konsument pokonuje przy półkach...
Wszystko to daje możliwość łatwego dostrzeżenia wyjątkowej oferty – wiedzę o rynku.
A praktyka teorię, nie tylko w szukaniu okazji. Tylko starając się coś samodzielnie sprzedać zrozumiesz dlaczego ludzie kupują, dlaczego nie kupują, na jaki marketing reagują jedni, na jaki inni, jakie są najczęstsze powody reklamacji, jaka jest sezonowość, ...
Oczywiście o tym wszystkim możesz poczytać w książkach, ponoć w nich jest już rozwiązanie każdego problemu. Niestety, kłopot w tym, że odnalezienie tej właściwej dla Twojego rynku może zająć dużo czasu. Zbyt dużo.
Z czerpaniem biznesowej wiedzy z książek może być tak, jak z manią samorozwoju: braknie czasu na praktyczne zastosowania. Na początku jest fajnie, człowiek dowiaduje się wiele nowych fascynujących rzeczy, ale po jakimś czasie okaże się, że jedni autorzy przeczą drugim, kolejne badania ujawniają błędy w poprzednich, a rozwiązań do wyboru jest zbyt wiele.
Zaczynasz poruszać się w szumie informacji, który zamiast pomóc w podjęciu odpowiednich decyzji – przeszkadza.
Podkop najlepszym wyjściem
Jeśli porównać ludzkie problemy do ścian, a życie do labiryntu – początkujący przedsiębiorca jest gościem, który robi podkop. Potem nieco wygodniejsze drzwi, a w końcu bramę. A za przejście pobiera opłaty – w końcu napracował się ułatwiając życie innym.
Może biegać dookoła i szukać drzwi, które ponoć gdzieś tam zostały już przez kogoś innego otwarte – niezależnie od tego, ile czasu to zajmie. Może tych drzwi szukać w książkach. Może też być jak spece od rozwoju osobistego – obejść ścianę na całej długości i opowiadać innym gdzie jest niższa, aby mogli tam próbować przeskoczyć.
i tak nastąpi, niezależnie od tego jak solidnie ktoś się do rozpoczęcia działalności przygotował. Przedsiębiorczość opiera się na szybkim podejmowaniu decyzji na podstawie niewielu informacji, i mężnym znoszeniu ich konsekwencji – oby jak najwięcej było tych pozytywnych.
Nie ma znaczenia jak wysoka jest ściana, przed którą stoisz. Kamil Cebulski zaczynał w Jędrzejowie – miejscowości na biednej kielecczyźnie, w której nie było wielkich organizacji biznesowych czy ogólnie klimatu przedsiębiorczości. Zaczynał, będąc licealistą.
Znaczenie ma sposób, jaki wymyślisz na pokonanie tej ściany. Kamil jako osoba nieletnia pierwszą firmę zarejestrował na mamę. Inne ograniczenie pokonał pracując zdalnie – przez internet. Zajął się handlem. Ani wiek, ani miejscowość i brak wsparcia nie przeszkodziły mu zostać najmłodszym milionerem w Polsce.
Czego i Tobie życzę, może za pięć lat wrócisz na tego bloga uczyć nas wszystkich jak się zarabia grubą forsę, kto wie? Strach ma tylko wielkie oczy :).
5 godzin, 11 i pół tysiąca znaków – kolejny rekord pobity, kolejny wpis dla wytrwałych :).